inwestuje.pl

Kiedy ujdzie powietrze?

Kiedy ujdzie powietrze?

 

Mark Mobius – żywa legenda zarządzania aktywami, zapytany dlaczego polskie spółki nie mają zbyt dużych udziałów w portfelach jego funduszy odparł: "są za drogie". Następnie powołał się na wskaźniki P/E polskich banków – kilka razy wyższe niż analogicznych firm z naszego regionu. W wielu innych branżach jest podobnie. Dlaczego więc nasza giełda opiera się porządnej przecenie?

 

 

Myślę że głównie dlatego, że dla giełdy nie ma alternatywy. OFE i TFI muszą kupować polskie akcje – nie mają wyboru. Kilka miliardów co miesiąc wpływa na parkiet, na którym nie ma od dłuższego czasu znaczących – pod względem wolumenu – debiutów. No i jeszcze fenomen MiŚ-ów czyli funduszy małych i średnich spółek – powstają kolejne, a te "stare" nie mogą spokojnie patrzeć jak konkurencja zgarnia miliony i ponownie otwierają sie na nowe wpłaty. A inwestorzy oczekują zysków rzędu 70-80 proc., no ostatecznie 50 proc. w roku

Ten stan "inwestycyjnej autarkii" może jeszcze trochę trwać przyprawiając o frustrację analityków od lat wieszczących wielką bessę. Kiedyś jednak musi ujść powietrze, a nastąpi to najpóźniej wtedy gdy bez ryzyka kursowego będziemy mogli inwestować za granicą. Już teraz pojawiają sie pierwsze jaskółki: zagraniczne fundusze Robeco sprzedają jednostki bez ryzyka kursowego. Przy czym zabezpieczenie portfela funduszu nie jest oczywiście darmowe. Z moich informacji wynika że wkrótce także Fortis zastosuje taką inżynierię finansową w swoich funduszach. To świadczy o poważnym traktowaniu polskiego rynku przez zagranicznych graczy.

Oczywiście poważna rywalizacja między krajowymi TFI a zagraniczną konkurencją zacznie się wówczas gdy zaczniemy zarabiać w euro, a być może wcześniej, gdy wahania kursu złotego do wspólnej waluty zostaną usztywnione w ramach ERM2. W tej chwili zagraniczne fundusze mimo swej wyrażnej jakościowej przewagi (niższe koszty, lepsza jakość zarządzania) nie zdobyły znaczącego udziału w rynku. Duże banki detaliczne nie chcą ich sprzedawać (to oczywiste: mają swoje własne TFI). Pewnym problemem są też wysokie progi wejścia (np. 2500 dolarów/euro w funduszach Templetona ale już tylko 1000 euro w Fortisie czy 500 zł w Robeco). I wreszcie: zagracznie podmioty będą musiały trochę zainwestować w promocje – na razie oszczędzają.

Relatywnie sporym powodzeniem wśród zamożnych inwestorów cieszą się propozycje "egzotyczne" takie jak fundusze latynoamerykańskie czy sektorowe (kopalnie złota, spółki z branży energetycznej itp.), gdzie stopy zwrotu mogą być porównywalne z tym co pokazują w ostatnich latach polskie fundusze. Tak czy inaczej zagraniczne fundusze (których w tej chwili jest na rynku już więcej niż krajowych!) nie trafiły pod strzechy. Ich czas się jednak zbliża. Znaczące zwiększenie możliwości lokowania pieniędzy na pewno nie pozostanie bez wpływu na nasz parkiet.

Maciej Kossowski,

 

 

 

 Źródło: www.expander.pl

 

 

 

Większa Unia – większe możliwości

Większa Unia – większe możliwości

 

Piękne złociste plaże, niezawodna pogoda, ciepłe morze, znakomite wino ze szlachetnych szczepów, szopska sałatka. Mowa oczywiście o Bułgarii i Rumunii. Od stycznia nowi członkowie Unii Europejskiej. Daje im to szansę na przyspieszony rozwój, natomiast naszym inwestorom możliwość dokonywania intratnych inwestycji.

  

Dziś  Bułgaria i Rumunia są najbiedniejszymi krajami we Wspólnocie, z dochodem narodowym na mieszkańca trzykrotnie niższym niż średnia dla Unii. My też nie jesteśmy dużo lepsi, osiągając poziom 50 proc.

Należy przypomnieć, że kiedy u nas w latach 90-tych był okres prosperity, Bułgaria i Rumunia przeżywały poważny kryzys gospodarczy i polityczny. Dopiero pomoc Międzynarodowego Funduszu Walutowego pozwoliła na przeprowadzenie szeregu reform. Dokonano wówczas zaostrzenia polityki monetarnej, redukcji deficytu budżetowego, przyspieszenia prywatyzacji i stworzono warunki dla rozwoju przedsiębiorczości. Nie trzeba było długo czekać na owoce tych działań. Obydwa kraje osiągają dziś całkiem spory wzrost gospodarczy – na poziomie 5 proc. Szczególnie szybko postępowały procesy prywatyzacyjne w Bułgarii i dziś 80 proc. PKB daje tam sektor prywatny. W Rumunii jest pod tym względem gorzej – w rękach państwa jest nadal 30 proc. gospodarki.

Dobre perspektywy rozwoju zarówno w Bułgarii, jak też w Rumunii stoją przed sektorem finansowym. Bogacenie się społeczeństw tych krajów będzie sprzyjać rozwojowi usług bankowych, ubezpieczeniowych, doradztwa finansowego, consultingowych, pośrednictwa kredytowego czy leasingowych. Tylko w okresie dwóch lat 2004-2005 rynek leasingu w Bułgarii wzrósł trzykrotnie przekraczając wartość 600 mln euro. Wysokich nakładów inwestycyjnych wymaga energetyka. Duże zapotrzebowanie na inwestycje występuje w dziedzinie modernizacji infrastruktury miejskiej, która niejednokrotnie wymaga gruntownej przebudowy. Rozpoczęto budowę i remonty sieci drogowej i kolejowej. Tu firmy budowlane mogą zarobić do 2015 roku blisko półtora miliarda euro, które popłynie z Banku Światowego oraz Unii Europejskiej.

W obydwu krajach inflacja kształtuje się na poziomie 5 proc. Jest to dwukrotnie więcej niż w Polsce, lecz przy tym poziomie można już planować inwestycje. Stopy procentowe kształtują się na poziomie 8 proc. w Rumunii oraz 4 proc. w Bułgarii. Dzięki wzrostowi gospodarczemu oraz napływowi inwestycji zagranicznych spadło bezrobocie, które wynosi w Bułgarii około 10  proc. i w Rumunii 5 proc.

Inwestorów zagranicznych do tych krajów przyciąga dogodna lokalizacja geograficzna, bliski dostęp do rynków wschodniej i południowej Europy oraz Turcji. Obydwa kraje posiadają ogromny potencjał rozwoju, dostęp do taniej i wykwalifikowanej siły roboczej. Istotne są też zachęty w postaci niskich stawek podatkowych Na przykład w Bułgarii podatek dochodowy od osób prawnych wynosi 10  proc. a zyski kapitałowe nie są opodatkowane. Tam, gdzie stopa bezrobocia jest szczególnie wysoka inwestorzy mogą uzyskać całkowite zwolnienie z podatku dochodowego. W Rumunii podatek od osób prawnych wynosi 16 proc., a przedsiębiorstwa zatrudniające do 9 pracowników i osiągające dochód do 30 tys. EUR są opodatkowane 3-procentowym podatkiem obrotowym. Polskę wiążą z obydwoma krajami dwustronne umowy o unikaniu podwójnego opodatkowania oraz o wzajemnym popieraniu i ochronie inwestycji.
Dzięki wyważonej polityce budżetowej w Bułgarii występuje nadwyżka budżetu finansów publicznych stanowiąca 2,4 proc. PKB. Korzystna w tym względzie jest również sytuacja w Rumunii, której deficyt budżetowy w 2006 roku stanowił zaledwie 0,8 proc. PKB. W obydwu krajach negatywnym zjawiskiem ekonomicznym jest ujemne saldo w handlu zagranicznym, skutkujące deficytem na rachunkach bieżących.

W Bułgarii wiodącymi sektorami gospodarki są: przemysł chemiczny, metalurgiczny, elektrotechniczny, elektroniczny, spożywczy, produkcji napojów, tytoniowy oraz tekstylny. Kraj ten sprzedaje za granicę połowę produkowanej przez siebie żywności. Kto nie zna znakomitych win bułgarskich? Ciepły i łagodny klimat sprzyja hodowaniu najlepszych szczepów winnych.

Jednak jedną z najważniejszych dziedzin gospodarek obydwu krajów jest branża turystyczna, która w ostatnich latach ulega dynamicznemu rozwojowi oraz przeobrażeniom. Ciepłe morze, złociste plaże czy stoki narciarskie, niekiedy nuta orientu od lat przyciągają turystów z całego kontynentu. Rośnie więc potencjał inwestycyjny w dziedzinie budownictwa hoteli oraz infrastruktury turystycznej.

Światowe banki coraz śmielej otwierają swe oddziały w obydwu krajach. Dzięki temu zwiększa się oferta kredytów inwestycyjnych. Coraz więcej przedsiębiorców odkrywa potencjał drzemiący w tamtejszym sektorze budowlanym. Można prognozować, że podobnie, jak wcześniej w Hiszpanii, Irlandii a później w Polsce, tak też w Bułgarii i Rumunii w najbliższych latach ceny nieruchomości będą dynamicznie zwyżkować. Sprzyjać temu będzie członkostwo w Unii Europejskiej. Największy potencjał wzrostowy widzę w miejscowościach o wysokich walorach turystycznych: brzeg morza, góry a także znaczące aglomeracje.

Są też cienie

Obydwa państwa trawi korupcja, zjawisko nam również nie obce. Szczególnie w Rumunii przybiera ona wysokie rozmiary. W raporcie Transparency International określającym wskaźniki postrzeganej korupcji zakwalifikowano ten kraj na 84 pozycji. Znacznie lepiej przedstawia się sytuacja w Bułgarii, która zajmuje 57 lokatę. I tu niespodzianka – Polska na tej liście znajduje się na 61 miejscu. To smutne – korupcja w naszym kraju jest wyższa niż w Bułgarii. Pozostawiam to do przemyślenia tym wszystkim, którzy przyczynili się do takiej sytuacji w Polsce. Niższa korupcja, przyjazny system podatkowy a także tańsza siła robocza – nic, tylko prowadzić interesy w Bułgarii. Lecz jest też przeszkoda. Bułgaria ma podobny problem jak Polska – są nim populiści, którzy zawsze wyrastają i żywią się na niedoli ludzkiej. Najbardziej znany to Wolen Siderow, lider partii Ataka (tłum. atak) – ktoś na wzór naszego Leppera czy Giertycha – lub „krzyżówka” obydwu. Populistyczne i nacjonalistyczne hasła, np. „Bułgaria dla Bułgarów” znajdują poklask u wielu mieszkańców tego kraju, analogicznie jak u nas „Polska dla Polaków”. Czy istnieje więc zagrożenie dojścia do władzy destrukcyjnych dla przemian demokratycznych partii?  Jak by tego było mało, Unia Europejska żąda od Sofii zamknięcia czterech reaktorów atomowych, co spowodowałoby utratę dochodów z eksportu energii elektrycznej. Niewątpliwie, jest to woda na młyn populistów.

Bułgaria dla Polaków

Poszerzenie Unii Europejskiej otworzyło przed naszymi przedsiębiorcami a także osobami fizycznymi duże możliwości inwestycyjne. Daje ich wiele sektorów: przemysł spożywczy, budownictwo, transport, infrastruktura, usługi turystyczne. Niektórzy odkryli to znacznie wcześniej. Can Pack, istnieje na rumuńskim rynku już 10 lat. Jego ostatnia inwestycja to budowa fabryki puszek do napojów w Rumunii. Łączna wartość inwestycji spółki w tym kraju wynosi 270 mln złotych.
W sektor spożywczy w Bułgarii oraz Rumunii zainwestował Maspex Wadowice. Natomiast producent drzwi Porta KMI uruchomił za 13 mln euro produkcję stolarki w Rumunii.

Widma Drakuli nie boją się menadżerowie Enterprise Investors – największej w europie Środkowej i Wschodniej firmy zarządzającej funduszami private equity. Jak mówi Iwona Drabot, Dyrektor ds. Public Relations EI – w 2006 roku Polish Enterprise Investors Fund V zainwestował 7 milionów euro w Siveco Romania, największego dostawcę oprogramowania na rumuńskim rynku. Za zakup Macon Deva, producenta materiałów budowlanych w Rumunii EI zapłacił 35 milionów euro. Rok wcześniej wraz z grupą menadżerów przejął 100 proc. sieci supermarketów spożywczych Artima za kwotę 17 milionów euro.

Zarówno w Bułgarii, jak też w Rumunii aktywnie działa, notowana na naszej Giełdzie Papierów Wartościowych, spółka GTC, która inwestuje w nieruchomości komercyjne.

Potencjał inwestycyjny krajów wstępujących do Unii Europejskiej dostrzegli również menadżerowie Towarzystwa Funduszy Inwestycyjnych Investors. Utworzony przez nich fundusz o nazwie Investor Bułgaria i Rumunia FIZ sprzedał w maju 100 tysięcy certyfikatów inwestycyjnych o łącznej wartości 100 mln złotych. Instrumenty te będą wprowadzone do obrotu na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie.

Strategią funduszu jest inwestowanie w akcje i dłużne papiery wartościowe spółek prowadzących działalność w Bułgarii lub w Rumunii, bez względu na to czy mają siedzibę w tych krajach, czy nie. Wartość inwestycji w te instrumenty będzie stanowić co najmniej 70 proc. portfela funduszu. Fundusz może również inwestować w wystandaryzowane instrumenty pochodne, które będą służyć głównie dla zabezpieczenia ryzyka walutowego aktywów funduszu.
Jak się dowiedzieliśmy w kierunku Sofii spogląda zarząd naszej Giełdy Papierów Wartościowych, który stara się o zakup 44 proc. udziałów tamtejszej giełdy. Rozważany jest też zakup udziałów giełdy instrumentów pochodnych w Bukareszcie.

Inwestycje na Bałkanach mogą realizować również osoby fizyczne. Na przykład nabywając w celu wynajmu lub spekulacji nieruchomości mieszkalne, szczególnie w miejscowościach turystycznych. Obecnie cena apartamentu nad Morzem Czarnym kształtuje się na poziomie 1200-1500 euro za metr kwadratowy. Za pięć lat ceny tych lokali mogą być dwukrotnie wyższe. Trend wzrostowy został już rozpoczęty. Inwestycja w lokal znajdujący się  w strefie turystycznej może spłacać się sama w okresie kredytowania. Można uzyskać korzystne ceny wynajmu, czego dowodem jest oferta biur turystycznych na bieżący sezon, gdzie ceny pobytu w Bułgarii nie różnią się od oferty dla Cypru, Hiszpanii, Grecji, czy Włoch. Niewątpliwą zaletą takiej inwestycji jest posiadanie doskonałego miejsca dla własnego wypoczynku, nawet poza sezonem.

Nieuchronność przemian

Wielu naszych przedsiębiorców i inwestorów, w tym z sektora finansów, będzie zapewne chciało wykorzystać nowe możliwości, jakie daje rynek bułgarski i rumuński. Kraje te znajdują się dopiero na początku drogi rozwoju – stąd potencjał zarabiania jest tam bardzo duży i występuje niemal w każdym sektorze. Obecną sytuację  Bułgarii i Rumunii można porównać do naszej, z początku lat 90-tych. Jak wiele w okresie ostatnich kilkunastu lat zmieniło się w Polsce i jakie można było osiągnąć zyski z inwestycji – widzimy wszędzie. Poziom gospodarczy w Unii Europejskiej będzie z latami się wyrównywać, gdyż ludzie wszędzie chcą lepiej żyć. Stąd nawet silne grupy populistów nie będą w stanie zahamować wzrostu gospodarczego i rozwoju cywilizacyjnego Europy.

Jan Mazurek

 

 Źródło: www.expander.pl

 

 

 

W co zainwestować kwotę na pewien okres czasu?

W co zainwestować kwotę <tu należy wstawić odpowiednią wartość> na pewien okres czasu?

Czasami spotykam się z pytaniami o to w co zainwestować pewną kwotę pieniędzy na jakiś okres czasu. Kwota się zmienia wraz z pytającym a okres nie jest ściśle sprecyzowany.
Zdaniem pytającego najlepiej byłoby gdyby zysk był duży a ryzyko niewielkie.
Pytanie zadawane jest w odniesieniu do popularnych aktualnie funduszy inwestycyjnych.

 

 

Postaram się krótko przedstawić moje przemyślenia na ten temat.

Przyjmiemy takie uproszczenie, iż inwestować będziemy za pośrednictwem TFI, ponieważ:
-    nakłanianie do samodzielnych inwestycji na naszej giełdzie papierów wartościowych osoby, która ma o tym niewielkie pojęcie uważam za zły pomysł. W późniejszym okresie, po zdobyciu jakiegoś doświadczenia to już temat na inna rozmowę.
-    mam niepochlebne zdanie na temat modnych ostatnio fundusze inwestycyjnych oferowany przez firmy ubezpieczeniowe – krótko mówiąc warto bardzo dokładnie przyglądnąć się kosztom jakie będziemy musieli ponosić, a nie jest to ani ubezpieczenie, ani dobra inwestycja


Ostanie słowa rozsądku:
-    od kilku lat trwa hossa, jesteśmy na szczytach
-    indeksy mogą także spadać, nie muszą rosnąc cały czas
-    inwestowanie wiąże się z ryzykiem

Zdecydowaliśmy się jednak inwestować.

Ograniczenie ryzyka.
Dobrym pomysłem jest poczekanie na korektę, która co pewnie czas występuje na rynku, a następnie wtedy dokonanie zakupy jednostek – oczywiście jak już sytuacja się ustabilizuje. Oczywiście jest to trochę trudniejsze niż się na początku wydaje (np. po czym poznamy ze to tylko korekta i kiedy się zakończyła) ale chodzi o zaprezentowanie idei.
Innym sposobem jest zakup jednostek w ratach, uśredniając cenę zakupu – ja bym się jednak skłaniał ku pierwszej propozycji.

W co zainwestować?
Tu tez sprawa nie jest prosta.
To że fundusz radził sobie doskonale do tej pory, wcale nie oznacza, że musi być tak nadal, chociaż możemy tak przypuszczać.
Możemy próbować inwestować w fundusz, który w ostatnim roku radził sobie najlepiej – tu drobna uwaga, fundusze nie służą do spekulowania nimi, jeżeli już posiada się jednostki, a ich wartość przyrasta, to należy je trzymać.
Należy zauważyć, że na naszym rodzimym rynku bardzo dobrze radzą sobie ostatnio fundusze nowo otwierane, posiadające na początku mały kapitał, którym łatwo mogą obracać, tak więc warto na nie zwrócić uwagę.

Proszę traktować powyższy tekst jako moje prywatne zdanie, luźne wnioski.
Proszę nie traktować tego w żadnym wypadku jako radę dotyczącą inwestowania.

 

Fundusze inwestycyjne – Wieczna wojna z benchmarkami

 

W wyborze funduszu zagraniczne można kierować się jego oceną dokonaną przez niezależne instytucje, poziomem kosztów, minimalnych wpłat. Warto też zwrócić uwagę na to jak zarządzający radzi sobie w konkurencji z tzw. benchmarkiem

 

Benchmark to inaczej poziom odniesienia. Jeśli fundusz działa np. na polskiej giełdzie może porównywać swoje wyniki z indeksem WIG lub WIG20 (jeśli skupia się na większych spółkach). Zagraniczne fundusze mocno eksponują wyniki swoich starć z benchmarkami za ostatnie kilka lat – odpowiednie wykres i dane znajdziemy w materiałach informacyjnych dostępnych na stronach internetowych poszczególnych firm.

Zanim przyjrzymy się bliżej zagranicznym funduszom i ich benchmarkom warto zobaczyć jak radzi sobie w tej materii krajowa konkurencja. Wiele funduszy “ukrywa” swoje benchmarki – można je znaleźć wyłącznie w prospektach informacyjnych i z pewnością wielu klientów do tej informacji nie dociera. A warto.

Na przykład fundusz Pioneer Akcji polskich jako poziom odniesienia przyjął indeks WIG. W materiałach marketingowych nie ma jednak porównania wyników funduszu z indeksem. Trudno się dziwić, bo np. za ostatnie dwa lata wynik funduszu był o ok. 22 pkt proc. słabszy od WIG-u a w okresie 5-letnim o blisko 70 pkt proc. (WIG zyskał 248,1 proc. a fundusz 178,25 proc.).

Niektóre fundusze wyszły z założenia, że lepiej wybrać słabszego przeciwnika wtedy będzie go łatwiej pokonać. Np. fundusz Millennium Akcji mierzy się z benchmarkiem złożonym w 85 proc. z WIG-u a w 15 proc. ze średniej rentowności bonów skarbowych. Całość pomniejszona jest o opłatę za zarządzanie pobieraną przez fundusz. Mimo zwiększenia udziały bonów skarbowych z 10 do 15 proc. w roku 2005 funduszowi nie udało się pokonać benchmarku w żadnych z czterech lat między 2002 a 2005 rokiem.

Polskim funduszom trudno jest mierzyć się z ideksami giełdowymi z kilku względów. Po pierwsze, potrącają z aktywów dość wysokie koszty – opłaty za zarządzanie wynoszą średnio 4 proc. Co więcej, fundusze nigdy nie angażują w akcje 100 proc. środków. W praktyce udział akcji rzadko przekracza 90 proc. Może to wynikać stąd, że fundusze chcą być gotowe na zrealizowanie wypłat. Polscy inwestorzy nie należą do szczególnie cierpliwych i w przypadku głębszej korekty fundusz może być zmuszony do realizacji sporych umorzeń, a trudno jest z dnia na dzień pozbyć się akcji o znacznej wartości. Fundusze mają także ograniczenia statutowe i prawne np. udział żadnej ze spółek nie może przekraczać 10 proc. aktywów. To utrudnia funduszom odwzorowanie indeksów.

Zagraniczne fundusze znacznie poważniej traktują benchmarki. Fundusze akcyjne mierzą się z reguły z “czystymi” indeksami giełdowymi, ewentualnie ze wskaźnikami tworzonymi przez niezależne instytucje (np. MSCI Barra). Informacje o wynikach funduszu na tle benchmarku są na bieżąco publikowane. Można zakładać, że to inwestorzy – bardziej doświadczeni i świadomi niż Polacy  – po prostu wymagają takich informacji. Co wiecej, fundusze zagraniczne mają na swoich rodzimych rynkach sporą konkurencję w postaci różnych instrumentów finansowych bezpośrednio odzorowujących indeksy giełdowe – funduszy indeksowych czy tzw. ETF-ów (exchange traded funds – fundusze notowane na giełdzie). Dlatego fundusze zarządzane aktywnie po prostu muszą oferować lepsze parametry niż indeksy. I nie chodzi wyłącznie o stopę zwrotu – może ona być niższa w poszczególnych okresach, gdy w tym samym czasie fundusz charakteryzuje sie mniejszym ryzykiem.

Przyjrzyjmy się kilku funduszom. Na przykład fundusz Franklin Mutual European wybrał za poziom odniesienia MSCI Europe Index. Jest to indeks ustalany przez frmę MSCI Barra. MSCI, czyli Morgan Stanley Capital International to instytucja kalkulująca ponad 80 tys. różnych indeksów – akcji, papierów dłużnych, nieruchomości i funduszy hedge. W 2004 roku MSCI przejęła firmę analityczną Barra tworząc najbardziej liczące się źródło różnego rodzaju indeksów na świecie. Co ważne, bieżące notowania większości z nich można uzyskać na stronie www.mscibarra.com – wystarczy bezpłatna rejestracja.

Fundusz Templetona systematycznie pokonuje indeks – od początku działalności (kwiecień 2000 roku) do końca ubiegłego roku przynosił średni roczny zysk na poziomie 10,9 proc. (w euro) podczas gdy wynik indeksu wynosi 6,63 proc. Z tym samym indeksem mierzy się fundusz z oferty Blackrock – European Growth Fund. Od początku działalności (października 2002 roku) do końca 2006 roku średni roczny wynik funduszu to 17,5 proc. – tyle samo przyniósł indeks MSCI Europe. Indeks MSCI Europe Growth, skupiający spółki wzrostowe, w tym czasie dał mniej niż fundusz, bo 14,8 proc. zysku.

Analizując zachowanie funduszy w relacji do benchmarków warto przyglądać się – w miarę możliwości – tzw. wskaźnikom beta. Beta mówi nam o tym jak zachowuje się fundusz w relacji do swojego benchmarka – jeśli beta jest wyższa o 1 oznacza to, że fundusz wygrywa z benchmarkiem (pod warunkiem, że na rynku trwa hossa). Nie wszystkie fundusze na bieżąco podają wskaźnik beta. Do tych nielicznych należą fundusze Blackrock Merrill Lynch. W aktualizowanych co miesiąc materiałach informacyjnych dotyczących funduszy można znaleźć wspomniany wskaźnik liczony za okres 3 i 5 lat. To też przykład na to jak ważne są benchmarki dla zagranicznych funduszy i ich klientów.

W przypadku European Growth Fund beta za ostatnie 3 lata wynosi 1,36 co oznacza, że zmiana benchmarku o 1 pkt proc. powodowała zmianę wyceny funduszu o 1,36 pkt proc. Jest to oczwiście pozytywna informacja – jednak tylko wówczas, gdy benchmark rośnie. W trakcie bessy korzystna byłaby beta mniejsza niż 1. Oznaczałoby to wówczas, że notowania funduszy nie spadają tak szybko jak indeks. Osoby bliżej zainteresowane funduszem mogą także obliczyć wskaźniki: beta wzrostu i beta spadku, które pokazują jak zachowuje się fundusz w trakcie spadku indeksu i w trakcie jego wzrostu.

Takie wskaźniki dla polskich funduszy oblicza firma Analizy Online, stosując indeks WIG jako poziom odniesienia. Najlepszą relację obu wskaźników ma fundusz Arka Akcji a najsłabszą Millennium Akcji. Fundusz Arki w okresie wzrostu WIG-u (między październikiem 2005 a majem 2006) rósł prawie tak samo jak indeks (beta wzrostu 0,98). W okresie spadku jednak (maj 2006 – połowa czerwca 2006) nie spadł tak mocno jak WIG (beta spadku 0,8). Wskaźnik beta (bez rozbijania na okres spadku i wrostu) za ostatnie 3 lata najlepiej preentuje się w funduszu ING Akcji (1,12) a najsłabiej w funduszu Allianz Akcji – 0,82. W przypadku funduszy zagranicznych danych można szukać na specjalistycznych serwisach typu: Morningstar (www.morningstar.co.uk) lub Lipper (www.lipperweb.com). Przydatne – z uwagi na informacje o luksemburskich funduszach dostępnych na polskim rynku – są serwisy niemieckie: fonds.onvista.de lub www.netfonds24.de

Porównywanie zachowania funduszy względem benchmarków jest relatywnie proste jeśli poruszamy się w ramach funduszy popularnych – np. inwestujących na rynkach akcji. Trudniej jest z nietypowymi funduszami branżowymi. Chociaż bogactwo indeksów przygotoywanych np. przez MSCI Barra pozwala mierzyć także bardzo specjalistyczne fundusze wg jednolitego probierza. Na przykład fundusz Jyske Invest Biotech/HealthCare Equity Fund za poziom odniesienia wybrał MSCI World Free Health Care Index. Ten sam indeks jest benchmarkiem funduszu Blackrock World Healthscience Fund. Ale już fundusz biotechnologiczny Templetona bazuje na indeksie Nadaq Biotech, który skupia amerykańskie spółki z branży biotechnologicznej. Niestety bardziej wyrafinowane indeksy są dosyć trudno dostępne.

Poniższy wykres przedstawia notowania funduszu firmy Blackrock Merrill Lynch Investment Managers inwestującego w spółki z sektora wydobywczego na tle indeksu tego sektora obliczanego przez HSBC. Jak widać fundusz radzi sobie zdecydowanie lepiej niż benchmark. W ten sposób prezentuje swoje wyniki większość funduszy zagranicznych.

Maciej Kossowski

 

 Źródło: www.expander.pl

 

 

 

Fundusze akcji japońskich – czy wiśnia ponownie zakwitnie?

 

15 lat recesji wystarczy. Gospodarka Japonii powoli budzi się z uśpienia. W tym samym czasie Stany Zjednoczone przymierzają do „miękkiego lądowania”. Czy w najbliższych latach to giełda tokijska będzie liderem wzrostów?

 

 

Azja, Ameryka Łacińska, Europa Wschodnia – w kilku ostatnich tekstach przyglądaliśmy się funduszom inwestycyjnych działających m.in. w tych regionach. Kuszą one wspaniałą historią wyników. Wiadomo jednak, że przeszłych zysków nie można traktować jako gwarancji na przyszłość. Warto więc poszukać miejsca na świecie gdzie ostatnio nie było zbyt ciekawie – oczywiście pod względem sytuacji na giełdzie – jednak przyszłość może wyglądać zupełnie inaczej. Takim miejscem jest właśnie Japonia.

Japonia, jedyna rozwinięta gospodarka Azji, w ostatnich 15 latach pogrążona była w kryzysie. Mieszkańcy Kraju Kwitnącej Wiśni zamiast, tak jak Amerykanie, wydawać ciężko zarobione pieniądze na konsumpcje „chomikowali” je w domach i bankach. W efekcie gospodarka zaczęła się kurczyć, a ceny spadać. Co ciekawe, japoński kryzys bardziej martwił ekonomistów zachodnich. Japończycy, którzy nigdy masowo nie inwestowali swoich oszczędności w taniejące akcje czy nieruchomości nie odczuwali go jako poważnego problemu. Tym bardziej, że bezrobocie nie było nigdy społeczną plagą.

Tak czy inaczej, z niewielkimi przerwami, od marca 1990 roku giełda japońska częściej spadała niż rosła (patrz wykres). Zarządzający funduszami skarżyli się, że w trakcie wzrostów tamtejszy parkiet zachowuje się statecznie jak przystało na dojrzały rynek, a w trakcie spadków jak rynek wschodzący – traci więcej niż giełdy krajów rozwiniętych. W tym roku główny barometr giełdy tokijskiej Nikkei 225 zyskał zaledwie 2,5 proc. I to w czasie, gdy giełdy na całym świecie notowały spore wzrosty.

Japońskie fundusze z pewnością nie są hitem wśród polskich inwestorów. Ich oferta jest jednak znacznie szersza niż np. funduszy latynoamerykańskich – renomowane firmy zarządzające funduszami nie mogą pominąć tak ważnego rynku. Trzy japońskie fundusze ma w ofercie Blackrock Merrill Lynch Investment Managers, pod dwa Franklin Templeton i Legg Mason, a jeden fundusz znajdziemy w duńskim Jyske.

Za pośrednictwem Blackrock mamy możliwość inwestowania w spółki o dużej kapitalizacji (Japan Fund), mniejsze i średnie (Japan Opportunities) oraz szeroko, na całej giełdzie tokijskiej w stabilne, renomowane spółki (Japan Value Fund). W portfelu ostatniego z funduszy znajdziemy więc znane wszystkim światowe marki takie jak Toyota, Canon czy Nissan. Ważną pozycją we wszystkich funduszach akcji japońskich są walory grupy finansowe Sumimoto Mitsui – jednego z największych banków na świecie. Możliwość wyboru między spółkami mniejszymi i większymi daje także Legg Mason, którego fundusze można kupić w polskim Citibanku (Legg Mason zarządza aktywami w ramach Citigroup).

Inwestując w fundusze japońskie wyznajemy wiarę, że coraz bardziej widoczne ożywienie w gospodarce tego kraju przełoży się na notowania spółek. Japonia zawsze stała eksportem. I z pewnością będzie to bardzo ważny motor rozwoju w najbliższych latach – także dzięki słabnącemu jenowi. Jednak w najbliższych latach, z uwagi na spowolnienie gospodarek, globalne potęgi takie jak Sony, Toyota czy Canon muszą liczyć także na rodzimych konsumentów. Najważniejsze jest to, by Japończycy zaczęli wreszcie wydawać pieniądze, które zarabiają.

Słaby jen to niższe zyski
 
Inwestując w Japonii trzeba mieć także na uwadze ryzyko kursowe. Od ponad dwóch lat jen japoński osłabiał się względem dolara i – jeszcze silniej – wobec euro. To dodatkowo obniżało zyski inwestorów wpłacających do japońskich funduszy dolary lub euro. Nasza waluta zyskiwała ostatnio względem euro, a więc także – i to znacznie – względem japońskiego jena. Pod względem walutowym historia nie wygląda więc ciekawie, co nie znaczy, że Japonię należy wykreślić z portfela.

Artur Zakrzewski, Analityk w Fortis Private Investments Polska

Prognozy dla największej gospodarki azjatyckiej – Japonii – są pomyślne. Po wzroście PKB o 2,7% w 2005 roku w 2006 roku wzrost prawdopodobnie będzie nieco wyższy i wyniesie 2,8%. Spodziewam się, że w najbliższych dwóch latach tempo wzrostu PKB może nieco osłabnąć m.in. z powodu zmniejszenia eksportu, ale wyraźnie umacnia się popyt wewnętrzny. Spodziewane jest umocnienie jena, co zwiększa atrakcyjność inwestycji w akcje japońskie. Mimo dobrych perspektyw, w ostatnich miesiącach indeksy giełdowe w Japonii oraz na niektórych azjatyckich rynkach emerging markets (np. Korea, Tajwan) zachowywały się słabiej niż np. indeksy w Europie Zachodniej. Z jednej strony jest to wynik większego napięcia politycznego w regionie, z drugiej nieznacznego spowolnienie gospodarczej aktywności w Japonii. Najlepiej zachowywały się giełdy w Chinach, Indonezji i Indiach.

Dostępne w Polsce fundusze zagraniczne inwestujące w Japonii

* na dzień 11.12.2006 (źródło: fonds.onvista.de)
** trzeba założyć konto w duńskim banku i zasilić je kwotą 20 tys. euro

Tu kupisz fundusze akcji japońskich: Expander, Xelion, Deutsche Bank PBC, Investment Fund Managers, BRE Private Banking, Citibank, Open Finance

WYKRES. Nikkei 225 – indeks 225 największych spółek z giełdy w Tokio (m.in. Sony, Nissan, Honda, Canon) liczony od 1971 roku przez dziennik Nihon Keizai Shimbun. Na poniższym wykres dane od 31.01.1984 (100) do 11.12.2006

O czy mówią gwiazdki?

Fundusze zagraniczne często chwalą się ratingami przyznawanymi przez agencję Morningstar lub Standard&Poor’s. Poniżej informacja o tym co oznaczają gwiazdki i inne symbole podawane w tych ratingach:

S&P:

5 gwiazdek – najlepsze* 10 proc. funduszy w danej kategorii
4 gwiazdki – kolejne* 11-30 proc. funduszy w danej kategorii
3 gwiazdki – kolejne* 31 – 50 proc. funduszy w danej kategorii
2 gwiazdki – kolejne* 25 proc. funduszu w danej kategorii
1 gwiazdka – ostatnie* 25 proc. funduszy w danej kategorii

Rating jakości zarządzania – oparty nie tylko na kryteriach ilościowych (stopa zwrotu, zmienność), lecz także jakościowych (ocena procesu inwestycyjnego, ładu korporacyjnego itp.). S&P przyznaje następujące oceny: AAA – najwyższe standardy zarządzania, AA – bardzo wysokie standardy zarządzania, A – wysokie standardy zarządzania, NR – fundusz nie spełnia kryteriów jakościowych i/lub ilościowych, UR – w zakresie zarządzania funduszem zaszły duże zmiany i trwa ponowna analiza.

Morningstar:

5 gwiazdek – najlepsze* 10 proc. funduszy w danej kategorii
4 gwiazdki – kolejne* 22,5 proc. funduszy w danej kategorii
3 gwiazdki – kolejne* 35 proc. funduszy w danej kategorii
2 gwiazdki – kolejne* 22,5 proc. funduszy w danej kategorii
1 gwiazdka – ostatnie* 10 proc. funduszy w danej kategorii

* pod uwagę brana jest stopa zwrotu za 3 lata oraz jej zmienność w czasie. Fundusz który ma wysoką stopę zwrotu ale bardzo wysoką zmienność (ryzyko inwestycji) może mieć mniej gwiazdek niż fundusz nieco mniej zyskowny ale stabilniejszy.

Maciej Kossowski

 

 Źródło: www.expander.pl

 

 

 

Kapitanowie opuszczają swoje statki

 

Rekordowe poziomy indeksu Dow Jones stanowią nie lada zagadkę, jeśli skonfrontować je z wyraźnie słabnącą dynamiką amerykańskiego PKB. Równolegle po obu stronach Atlantyku inwestorzy indywidualni najsilniej od wiosny 2000 r. poczuli nieodpartą chęć posiadania akcji i szturmują biura maklerskie. Tymczasem pośród gwałtownie rosnącego powszechnego optymizmu szefowie największych spółek sprzedają akcje z intensywnością nie notowaną od czasów poprzedzających krach 1987 roku.

 

Parkiet giełdowy w USA, zazwyczaj wyprzedzający realne procesy gospodarcze o 2–3 kwartały, stracił synchronizację z cyklem koniunkturalnym. Co bardziej groźne i znamienne, odpowiedzialnej za ten stan rzeczy globalnej nadpłynności nie zlikwidowała ani seria 17 podwyżek dolarowych stóp procentowych, ani konsekwentne zacieśnianie polityki monetarnej przez Bank Anglii oraz w strefie euro, tudzież ostrożne podwyżki stóp w Japonii. Dynamika PKB Stanów Zjednoczonych po III kwartale br. wyniosła 2,2 proc. wobec 5,6 proc. jeszcze dwa kwartały wcześniej. Długie dni natomiast celebrowano radość z rewizji w górę najnowszego odczytu z pierwotnych 1,6 proc.

Niedawno światło dzienne ujrzała odosobniona prognoza zerowej dynamiki amerykańskiego produktu brutto w ostatnim kwartale 2007. Autorem tej prognozy jest ekonomista z nowojorskiego uniwersytetu Nouriel Rubini. Argumentacja wspierająca pesymistyczny scenariusz wygląda przekonująco: spowolnienie gospodarcze w USA okazuje się dotkliwsze niż przewidywano. Początek recesji na rynku nieruchomości rozprzestrzenia się na pozostałe sektory gospodarcze, słabną zamówienia na dobra trwałe, zaczynają spadać wskaźniki zaufania konsumentów. Jako ostatnia ale nadejdzie dekoniunktura w sektorze detalicznym i będzie ona najbardziej medialna, gdyż amerykańscy konsumenci odpowiadają za ponad 60 proc. tamtejszego PKB!

Powyższe tendencje stoją w rażącej sprzeczności do wydarzeń na amerykańskich rynkach akcji (zatem i na europejskich z racji dużej korelacji). Giełdy w USA stały się zakładnikami wpływowych zaklinaczy trywializujących spowolnienie gospodarcze i triumfalnie oznajmiających koniec kłopotów na rynku nieruchomości. Przypomnijmy, że już kilka miesięcy temu były wieloletni szef FED Alan Greenspan ogłosił, że rynek ten najgorsze ma już za sobą, a podobną opinię wyrazili niedawno analitycy Citigroup i podnieśli rekomendację dla akcji całej branży. Mało kto natomiast pamięta, że ten sam A. Greenspan już w 1996 r. przestrzegał przed bańką spekulacyjną na giełdzie amerykańskiej (artykuł pt. „Irrational exuberance”). Jak wiemy pośpieszył się o cztery lata, a w międzyczasie indeksy zdążyły dynamicznie wzrosnąć. Jeśli i tym razem się pośpieszył, to do prawdziwego dna bessy na rynku nieruchomości jest naprawdę daleka droga, a zanotowane niedawno pierwsze od wielu lat spadki cen domów w skali rocznej należy uznać dopiero za pierwszą jaskółkę nowego trendu.

Natomiast kłopoty brytyjskiego rynku nieruchomości dopiero przed nami w całej swej okazałości. Ceny domów i mieszkań na Wyspach opierają się spadkom mimo konsekwentnie podnoszonego kosztu kredytu w funtach. Jednak ciężar obsługi długu hipotecznego coraz bardziej daje się we znaki klientom indywidualnym, przez co systematycznie pogarsza się jakość portfela kredytowego w brytyjskiej bankowości. Tymczasem banki zamiast przedsięwziąć środki ostrożności w dalszym ciągu zwiększają dostępność kredytów, proponując np. kredyt rozłożony na 45 lat czy kredyt opiewający na równowartość 5–letniego przeciętnego wynagrodzenia.

Kolejnym doniosłym znakiem czasów jest rekordowe ożywienie na rynku fuzji i przejęć po obu stronach Atlantyku. Procesy konsolidacyjne występują obecnie na skalę większą niż w pamiętnym 2000 r., a mnożące się pogłoski o kolejnych miliardowych mariażach utrzymują wiele indeksów na niebotycznych poziomach. W przeszłości rozkwit fuzji i przejęć zwiastował nadejście kłopotów gospodarczych.

Indeks DJIA od kilkunastu tygodni faluje powyżej 12000 punktów, a mało eksponowane wskaźniki nastroju wskazują na powszechny pęd do posiadania akcji połączony z bardzo wysokim poziomem optymizmu inwestorów. Szczytu DJIA nie potwierdza średnia transportowa DJTA, co jest bardzo istotnym sygnałem ostrzegawczym w klasycznej teorii Dowa. Równie byczo jest w Wielkiej Brytanii, gdzie indeksowi FTSE100 brakuje kilka procent do rekordów sprzed 6 lat, a FTSE250 orbituje w okolicy 11000 punktów.

Władze korporacji pozbywają się akcji

Jest jednak coś, co burzy panujący krajobraz giełdowej szczęśliwości. Pośród rekordowych notowań indeksów nasila się podaż akcji ze strony władz większości sztandarowych korporacji amerykańskich i brytyjskich. Wiele cennych informacji w tym zakresie wnosi niedawny raport zamieszczony w piśmie The Telegraph (Tom Stevenson, 7 grudnia 2006). Źródło to podaje proporcje wartości akcji sprzedanych przez zarządy największych spółek w USA i Wielkiej Brytanii do wartości akcji zakupionych (dane dotyczą listopada br.). Oto szczegóły, które powinny poruszyć wyobraźnię zwłaszcza laików rozpoczynających giełdową karierę i nie doświadczonych przez bessę.

Władze korporacji wchodzących w skład renomowanego indeksu S&P500 sprzedały w ubiegłym miesiącu akcje swoich spółek o łącznej wartości 8,4 miliarda dolarów, podczas gdy zakupy akcji opiewały na jedyne 133 miliony dol. Stosunek podaży do popytu w grupie zarządów za badany okres przekracza zatem 63, czyli na każdy tysiąc dolarów przeznaczony na zakup akcji przypada ponad 63 tysiące dolarów w gotówce, uzyskanych z upłynnienia akcji na parkiecie. Według analiz agencji Bloomberg jest to najwyższy współczynnik przynajmniej od początku 1987 r. Dużym błędem jest nie pamiętać, co przyniósł tamten rok na giełdzie amerykańskiej.

W przypadku 350 głównych giełdowych korporacji brytyjskich (tworzących indeksy FTSE100 i FTSE250) rzecz się ma jeszcze gorzej z punktu widzenia orędowników dalszej hossy. Podaż wynosząca 625 milionów funtów przytłacza popyt wart ledwie 8 milionów. Iloraz wartość akcji sprzedanych do kupionych wynosi za listopad ponad 78.

Spośród najbardziej wpływowych osób pozbywających się akcji należy wymienić Billa Gatesa, który sprzedał walory „swojego” Microsoftu za 581 mln dolarów. Szefostwo Google także nie pozostało bierne, inkasując ze sprzedaży akcji słynnej wyszukiwarki 182 mln dolarów. Nie można pominąć wartej 397 mln funtów (około 770 mln dolarów) sprzedaży akcji giganta AngloAmerican przez rodzinę Oppenheimerów.

Ostatnią diagnozą płynącą z analizy tego zestawienia powinna być ta wyrokująca o dalszych wzrostach indeksów. Historia rynków finansowych pokazuje, że naiwnością jest ignorowanie zjawiska „insider selling”, zwłaszcza jeśli przybiera ono rozmiary największe od wielu lat. Nieprzypadkowo na początku 2000 r. najlepiej poinformowani intensywnie sprzedawali po niebotycznych cenach akcje tzw. dotcomów, które po kilku miesiącach stały się przekleństwem mas albo wskutek bankructw, albo tracąc ponad 90 procent kapitalizacji rynkowej.

Czy można znaleźć lepsze ostrzeżenie przed poważnym spadkiem ceny akcji danej spółki, niż niewiara szefostwa tej spółki w jej dalsze perspektywy poparta dystrybucją jej walorów? Czy można znaleźć lepszą zapowiedź głębokiej przeceny indeksu giełdowego, jeśli sprzedaż akcji przez zarządy dotyczy niemal każdej spółki wchodzącej w skład tegoż indeksu? I wreszcie, czy można wierzyć w dalsze wzrosty na bardziej ryzykownych giełdach rynków wschodzących gdy nadejdzie silna fala spadkowa w USA i Europie Zachodniej?

Rynki wschodzące na beczce prochu

U schyłku roku nie można przemilczeć sytuacji na giełdach emerging markets. Główne indeksy w Meksyku, Brazylii, Indiach, Rosji, Czechach i Polsce poszybowały na rekordowe poziomy. Globalny indeks MSCI obliczany dla 26 rynków wschodzących (na podstawie notowań ponad 700 spółek giełdowych) zdołał nieznacznie pokonać majowy szczyt, a lokalne waluty pozostają silne względem dolara.

WIG20 balansuje tuż nad szczytem majowej hiperboli, krążąc usypiająco wokół 3400 punktów. Z dużym prawdopodobieństwem jeszcze przez kilka tygodni sytuację uratuje kalendarz. Mało który z zarządzających wielkimi globalnymi funduszami jak również polskimi TFI i OFE zdecyduje się na mocną wyprzedaż przed końcem roku, bo przecież w zasięgu ręki są megapremie za wyniki całoroczne. Obecnie nie można wykluczyć umiejętnej, spokojnej dystrybucji części papierów przez bardziej zachowawcze podmioty, wyciągające odpowiednią naukę z przeszłych lekcji.

Tylko że czasu na „ewakuację” pozostało coraz mniej, a duża część zysków z inwestycji póki co pozostaje na papierze. Trzeba jeszcze komuś te akcje warte wiele miliardów sprzedać i tu jest pies pogrzebany: kto to odkupi po bieżących cenach? Niczym miecz Damoklesa wisi nad rynkiem świadomość o rekordowo wysokim zaangażowaniu OFE w polskie akcje, więc z ich strony pomoc nie nadejdzie. Wątpliwe, by przy tak silnej złotówce do zakupów rzuciły się fundusze zagraniczne, których zarobek spotęgowało osłabienie dolara i presja na realizację zysków jest ogromna.

Efekt stycznia może jeszcze rzutem na taśmę wystąpić, ale będzie on raczej karłowaty i ograniczy się do pierwszych kilku sesji 2007 r. Patrząc na dwutygodniową konsolidację przy szczytach, nie można wykluczyć krótkiej lecz bardzo intensywnej mobilizacji popytu i wyciągnięcia indeksów jeszcze o kilka procent przy olbrzymich obrotach. Skoro dociągnięto do 50 tys. pkt na indeksie WIG, to – ironizując – czemu by sobie nie pozwolić na 3500 WIG20, czy 4000 na MIDWIG, a może pierwszy w historii tysiąc złotych za jedną akcję (BPH)? Jednak do przesilenia jest najprawdopodobniej znacznie bliżej, niż wskazywałby na to rynkowy spokój i optymizm. Optymizm ten staje się irracjonalny, co widać po ponad 60-punktowej bazie na marcowej serii kontraktów futures na WIG20.

Pośród szampańskich nastrojów znane postaci rynku finansowego przekonują o trwałości ożywienia gospodarczego i zapewniają o wieloletnim wzroście PKB na poziomie 5 procent. Do znudzenia powtarza się argument o dalszych napływach gotówki do funduszy inwestycyjnych, dzięki czemu „wzrosty muszą trwać”. A gdzie w tym wszystkim znajduje się polski sektor bankowy (około 40 proc. udziału w indeksie WIG20) ze średnim wskaźnikiem C/Z około 25 oraz C/WK równym niemal pięć? Co czeka spółki surowcowe w obliczu realnej dalszej przeceny paliw i metali przemysłowych? Absurdalnym wycenom średnich i małych spółek zgrupowanych w indeksach MIDWIG i WIRR poświęciłem kilka tygodni temu osobny felieton.

No i wreszcie ten niesamowity znak czasu dany przez tłumy ludzi nie mających dotąd nic wspólnego z inwestycjami giełdowymi. Drobni polscy ciułacze od Świnoujścia po Ustrzyki Górne znowu (poprzednio w 1994 oraz 2000 r.) odkryli w sobie żyłkę giełdowych rekinów i masowo zakładają rachunki inwestycyjne. Stadnym pędem do posiadania akcji dają nieomylne świadectwo nadchodzącego końca hossy, rwąc się do zakupów giełdowych niezmiennie jako ostatnia grupa.

Na zakończenie poprzyjmy powyższe rozważania ilustracją wykresu WIG20 za ostatnie 3 lata (źródło: opracowanie własne na podstawie http://stooq.com). Zaznaczono dwie główne potencjalne linie wsparcia: w okolicach 2800 pkt oraz znacznie ważniejszy rejon 2450–2510 pkt. Pierwszy zasięg można uznać za swego rodzaju „minimalny wymiar kary”, gdy już do spadków dojdzie.

Szczególnie dramatycznie wygląda majowo–czerwcowe załamanie, które przetoczyło się przez wszystkie rynki wschodzące. Miesięczna fala spadków zabrała wówczas 900 punktów z indeksu WIG20. Dziś bańka surowcowa to już historia, a jej miejsce zajął równie mocno nadęty balon na akcjach banków i euforia na spółkach budowlanych. Tymczasem rentowność sektora budowlanego zapewne znacznie spadnie z racji braku rąk do pracy i niemal pewnych kilkudziesięcioprocentowych podwyżek płac, aby zatrzymać tych, którzy w kraju jeszcze pozostali. Absurdalne ceny mieszkań w Warszawie i Krakowie znacznie ograniczyły ich dostępność nawet dla osób zarabiających półtorej średniej krajowej. W podobnym kierunku z rocznym opóźnieniem zmierza sytuacja we Wrocławiu i Trójmieście.

Tuż za rogiem czai się inflacja i ma ona duże szanse przekroczyć 2,5 procent. Podwyżki stóp mogą się okazać większe niż się oczekuje. Wygląda na to, że argumentów przemawiających za drastyczną przeceną indeksu WIG20 w okolice 2500 pkt jest wystarczająco dużo. Koronnym ostrzeżeniem dla indeksów amerykańskich i brytyjskich jest opisane wyżej zachowanie „smart money”, systematycznie opuszczających Titanic hossy.

Należy pamiętać, że w br. na parkietach giełdowych nie wystąpiła cykliczna wrześniowo–październikowa przecena. Skoro prawdziwe jest powiedzenie, że „tym razem jest inaczej” (ang. „this time it’s different”), to czeka defekt stycznia lub raczej całego pierwszego kwartału. W moim odczuciu na największe straty narażone będą również parkiety meksykański i rosyjski mimo różnych przesłanek stojących za perspektywą ich załamania. Pierwszy z nich może ucierpieć z racji znacznego uzależnienia Meksyku od gospodarki USA, natomiast załamanie na drugim może sprowokować oddalanie się Rosji od reguł kapitalizmu nałożone na zniżki cen surowców.

Proponuję we własnym zakresie zapoznać się z wykresami zwłaszcza indeksów DJIA, oraz FTSE250. Indywidualnej analizie polecam również z pozoru egzotyczny lecz bardzo uczący przykład tegorocznego zachowania głównego indeksu giełdy w Arabii Saudyjskiej – państwa które przecież za sprawą petrodolarów przeżywa boom gospodarczy ale od ośmiu miesięcy boryka się z potężną bessą.

Tekst powstał 14 grudnia 2006 r.

 

 Źródło: www.expander.pl

 

 

 

Zyski z biotechnologii dopiero przed nami

Dzięki spółce Bioton, a ostatnio także HTL Strefa każdy mógł przekonać się jaki potencjał ma branża medyczna. Niestety w przypadku polskiej giełdy wybór spółek z tego sektora nie jest zbyt szeroki. Inwestorzy, którzy chcą mieć w portfelu akcje światowych gigantów muszą sprawdzić ofertę dostępnych w Polsce funduszy inwestycyjnych. Ich wyniki za ostatnie lata nie zachwycają jednak potencjał wzrostu jest znaczny.

Inwestowanie w biotechnologię i sektor medyczny jest obarczone sporym ryzykiem. Firmy z tego sektora muszą często latami inwestować w badania na przykład nad nowymi lekami. Jeśli się uda, zyski mogą okazać się niebotyczne. Przykład? Lipitor oferowany przez Pfizera specyfik na obniżenie cholesterolu przynosi firmie 12 miliardów  dolarów (!) rocznie. A ryzyko? Już w 2010 skończy się ochrona patentowa i lek zostanie prawdopodobnie wyparty przez tańsze odpowiedniki. Lek, który odpowiada za jedną czwartą przychodów farmaceutycznego giganta miał zostać zastąpiony przez doskonalszy produkt – Torcetrapib. Okazało się jednak że nowy lek, którego opracowanie pochłonęło ok. 800 mln dolarów może być szkodliwy dla pacjentów. Z sukcesją może być problem.

Znacznie większe ryzyko wiąże się z inwestowaniem w akcje firm, które nie opierają swoich przychodów na wielu filarach ale angażują się w badania nad jednym lekiem czy technologią. Jednocześnie niewielu inwestorów jest w stanie realnie ocenić szanse powodzenia danego przedsięwzięcia w tej skomplikowanej branży. Nieracjonalny optymizm oparty na intuicji, że "to ma przyszłość" był przyczyną napompowania i pęknięcia bańki w roku 2000 kiedy to spółki biotechnologiczne ucierpiały w równym stopniu co branża internetowa (patrz wykres). Dzisiaj już inwestorzy są znacznie ostrożniejsi. Mając jednak świadomość ryzyka i stopnia skomplikowania branży skorzystanie z pośrednictwa funduszy inwestycyjnych wydaje się najlepszym wyjściem.

Podobnie jak w przypadku funduszy nieruchomości oferta na polskim rynku nie jest zbyt szeroka. Tylko cztery fundusze zgłoszone do sprzedaży w Polsce fundusze zagraniczne inwestują w branży ochrony zdrowia i biotechnologii przy czym jeden z nich nie jest na razie dostępny dla inwestorów.

O tym jak silne byłą tąpnięcie notowań spółek sektora biotechnologicznego w 2000 roku świadczą wyniki Franklin Biotechnology Discovery Fund. Fundusz powstał w kwietniu 2000 roku i do dzisiaj nie udało mu się odrobić strat z początkowego okres działalności – ktoś kto zainwestował w ten fundusz na samym początku i udało mu się dotrwać do końca października 2006 roku nadal ma 14 proc. straty. Jednak już w perspektywie ostatnich 3 lat fundusz jest ponad 23 proc. na plusie z czego prawie 13 proc. zyskał w ciągu ostatnich 3 miesięcy.

W portfelu funduszu można znaleźć amerykańskie spółki z branży farmaceutycznej i biotechnologicznej. 10 procent aktywów zarządzający ulokował w akcjach spółki Calgene specjalizującej się w tworzeniu leków na nowotwory. Kolejne pozycje to Genzyme (m.in. leki na rzadkie choroby dziedziczne) czy Amgen (leki tworzone w oparciu o badania genetyczne).

Franklin Biotechnology Discovery Fund dostępny jest dla posiadaczy kwoty 2500 dolarów lub euro u dystrybutorów takich jak Expander, Open Finance, Xelion, Investment Fund Managers, BRE Bank (w ramach oferty private banking) oraz Deutsche Bank PBC. Prowizja za nabycie jednostek to 5,75 proc. (spada wraz ze wzrostem wpłacanej kwoty) a opłata za zarządzanie to 1 proc. Łączne koszty potrącane z aktywów w przypadku podstawowej klasy jednostek to 2,08 proc. w skali roku.

Kolejny z oferowanych funduszy – World Healthscience Fund zarządzany przez Blackrock Merrill Lynch Investment Managers inwestuje nie tylko w USA, lecz także w Szwajcarii (ok. 10 proc. aktywów), Niemczech, Francji i Wielkiej Brytanii (6-7 proc. aktywów w każdym z tych krajów). W portfelu między innymi akcje niemieckiej firmy Bayer, francuskiej Sanofi-Aventis czy szwajcarskiego Novartisu. Fundusz przez 3 lata (do końca października) zarobił 24,1 proc. Można go znaleźć w ofercie Xeliona, Deutsche Bank PBC, Open Finance oraz Investment Fund Managers. Prowizja za zakup tytułów uczestnictwa funduszu to 5 proc., a opłata za zarządzanie 1,75 proc. w skali roku. Minimalna wpłata wynosi 5 tys. dolarów. Warto dodać, że fundusz zdobył ocenę AAA, a więc wg agencji Standard&Poor’s charakteryzuje się najwyższym standardem zarządzania.

Dla zamożniejszych inwestorów przeznaczona jest oferta dostępnych w Polsce duńskich funduszy Jyske Banku – by kupić jednostki funduszu należy założyć w duńskim banku konto i zasilić je kwotą min. 20 tys. euro. Minimalna inwestycja w przypadku funduszy to 5 tys. euro lub dolarów. Podobnie jest w przypadku Jyske Invest Biotech/HealthCare Equity Fund. Fundusz nie może się pochwalić zbyt dobrymi wynikami w ciągu 12 miesięcy (wg danych na koniec października) wypracował zaledwie 3,75 proc. zysku z czego większość w roku ubiegłym – ktoś kto wpłacił środki na początku tego roku jest 2,5 proc. na minusie.

Od początku działalności (październiku 2000 roku) fundusz stracił 3,3 proc. w USD. Zarządzający funduszem kiepsko oceniają najbliższe perspektywy dużych firm farmaceutycznych – ich zdaniem w tym i przyszłym roku wygasa sporo patentów na leki, a firmy muszą ponosić znaczne koszty fuzji i przejęć. Produkt Jyske ma jedną gwiazdkę w ratingu Morningstara. Wyróżnia się natomiast niskimi opłatami – prowizja za nabycie jednostek wynosi 2 proc., a opłata za zarządzanie 1 proc. (łączne koszty to ok. 1,5 proc. rocznie).

Do sprzedaży w Polsce zgłoszony został także fundusz Robeco Health Care Equities. BGŻ – dystrybutor funduszy tej marki w Polsce, oferuje na razie tylko cztery fundusze wśród których nie ma wspomnianego produktu. Zaletą funduszu, gdy już pojawi się w ofercie tego lub innych dystrybutorów, będzie z pewnością dostępność – wystarczy 150 euro lub 500 zł by stać się posiadaczem tytułów uczestnictwa. W ciągu ostatnich 12 miesięcy fundusz zarobił 5,5 proc. Dzięki relatywnie dobrym i stabilnym jak na ten sektor wynikom udało mu się zdobyć 4 gwiazdki Morningstara. Fundusz inwestuje w akcje firm amerykańskich (60 proc.), europejskich (27 proc.) i azjatyckich (ok. 10 proc.).

Branża biotechnologiczna w ostatnich latach rozczarowywała. Mimo hossy na giełdach notowania firm z tego sektora nie rosły tak szybko jak rynek. Może to być dobra prognoza na przyszłość. Tym bardziej, że nikt nie powie że farmakologia czy badania genetyczne to schyłkowe dziedziny gospodarki. Pamiętając jak szybko potrafią drożeć firmy z tej branży warto ulokować w niej część swoich oszczędności.

Wykres. Nasdaq Biotechnology Index – indeks amerykańskich spółek z sektora biotechnologicznego notowanych na Nasdaq. Jest to benchmark (poziom odniesienia) dla funduszu Franklin Biotechnology Discovery Fund (12 grudnia 1994 = 100 – kalkulacja własna).

Maciej Kossowski

 

 Źródło: www.expander.pl

 

 

 

Jak inwestować w nieruchomości w Polsce?

Lokowanie w nieruchomości. Wiadomo, że warto, tylko jak? Polscy inwestorzy nadal kierują się głównie własną intuicją, bo rynek profesjonalnych doradców i funduszy dopiero u nas raczkuje.

Teraz może być już tylko drożej. Jesteśmy w Unii Europejskiej, więc ceny naszych nieruchomości równają do poziomu znanego z krajów zachodniej Europy. O tym, że było to nieuchronne, świadczy to, co się działo w krajach, z którymi często porównuje się Polskę. W Hiszpanii w ciągu ostatnich 20 lat ceny nieruchomości wzrosły o 124 proc., a w Irlandii o 90 procent. Jeszcze większy skok zanotowano w stolicach tych państw. Za mieszkanie w Madrycie trzeba zapłacić o 149 proc. więcej niż ćwierć wieku temu, a w Dublinie – więcej aż o 207 procent.

Skoro także w naszym kraju warto obecnie kupować nieruchomości, natychmiast rodzi się pytanie – jaka jest alternatywa dla – wciąż najbardziej popularnego – inwestowania na własną rękę? [Read the rest of this entry...]

Ranking funduszy: we wrześniu akcyjne znowu najlepsze

We wrześniu na giełdzie zabrakło wyraźnego trendu. Indeks WIG20 pokazujący zmiany cen akcji największych spółek największych spółek spadł o 1,44 proc., WIG wzrósł o 1,6 proc. a MIDWIG zyskał aż 10,1 proc.

 

Gwałtowny spadek cen surowców oraz wzrost ryzyka politycznego (utrata większości przez koalicji rządowej) spowodował, że inwestorzy niechętnie kupowali walory dużych spółek. Na innych rynkach akcji – w Europie Zachodniej i USA – indeksy we wrześniu wyraźnie rosły, ale rynki emerging markets zachowywały się znacznie słabiej.

Wyniki funduszy akcji we wrześniu były zróżnicowane. Wyraźnie lepsze stopy zwrotu uzyskały fundusze średnich i małych spółek. Wycena jednostek funduszu Pioneer Małych i Średnich Spółek RP wzrosła o 9,1 proc., fundusz Top 25 Małych Spółek wzrósł o 8,9 proc. Stopy zwrotu przekraczające 4 proc. uzyskały także fundusz ING Małych i Średnich Spółek, AIG Akcji i Fortis Akcji. Średnio fundusze akcyjne wzrosły we wrześniu o 2,9 proc.

Fundusze zrównoważone we wrześniu zarobiły dla swoich uczestników średnio 1 proc. Najlepsze z nich Lukas Dynamiczny Polski oraz PZU Zrównoważony wzrosły odpowiednio 3,1 i 2,1 proc., a więc więcej niż najsłabsze fundusze akcyjne.

Średni wynik funduszy stabilnego we wrześniu (0,9 proc.) niewiele różni się od średniej stopy zwrotu funduszy zrównoważonych. Spośród funduszy otwartych najlepsze wyniki uzyskał SEB 4 oraz AIG Stabilnego Wzrostu, których jednostki wzrosły odpowiednio o 1,4 i 1,9 proc.

Wzrost cen na rynku obligacji wpłynął na poprawę wyników nfudnsuzy obligacji. Najlepsze z nich to Allianz Obligacji (wzrósł o 1,1 proc.) i Arka Obligacji (wzrost o 0,9 proc.)

W ubiegłym miesiącu WIG i WIG20 nie zdołały pokonać swoich szczytów z maja, rośnie więc ryzyko wystąpienia korekty. Gorsze od oczekiwanych dane makroekonomiczne świadczące o spowolnieniu wzrostu w USA, wzrost ryzyka politycznego w kraju i większe prawdopodobieństwo podniesienia stóp procentowych mogą wpłynąć negatywnie na notowania na rynku akcji w najbliższym czasie.

Z drugiej strony fundamenty polskiej gospodarki pozostają silne i jest zbyt wcześnie, aby twierdzić że ewentualne globalne ochłodzenie koniunktury będzie miało wpływ na sytuacje w polskiej gospodarki.

Komentarz do rankingu:

W grupie funduszy akcyjnych wyraźnie awansował fundusz DWS Polska Top 25 Małych Spółek. Na wysokiej pozycji utrzymuje się również fundusz DWS Polska Akcji Plus. Co ciekawe trzeci fundusz akcyjny DWS (DWS Polska Akcji), osiąga systematycznie najsłabsze wyniki w grupie funduszy akcyjnych. Pozycja lidera nadal należy do funduszu Arka Akcji, choć we wrześniu zmniejszył się dystans dzielący ten fundusz do konkurencji.

W kategorii funduszy zrównoważonych i stabilnego wzrostu w czołówce nie doszło do większych przetasowań. W grupie funduszy obligacyjnych od wielu miesięcy pierwsze miejsca zajmują fundusze papierów dłużnych ze stajni Kredyt Banku. W rankingu na wysokiej, trzeciej pozycji zadebiutował fundusz Pioneer Obligacji Skarbowych, który spełnił kryterium minimum trzyletniej działalności.

Ranking*:

Fundusze akcji

Fundusze zrównoważone

Fundusze stabilnego wzrostu

Fundusze obligacji

Fundusze rynku pieniężnego

* stopy zwrotu na dzień 30 września 2006 r.

Metodologia powstawania rankingu

1. Jakie fundusze obejmuje ranking?

Ranking obejmuje wszystkie fundusze inwestycyjne otwarte oraz specjalistyczne otwarte, których jednostki uczestnictwa może nabyć inwestor indywidualny, a minimalna pierwsza wpłata nie przekracza 20 tys. zł.

Dodatkowym kryterium doboru funduszy do rankingu jest co najmniej trzyletni okres działalności. Ranking obejmuje fundusze akcji, zrównoważone, stabilnego wzrostu, obligacji i rynku pieniężnego.

2. Stopa zwrotu i ryzyko, czyli jak oceniamy fundusze

Ranking sporządzony został w oparciu o dwa główne kryteria – wyniki i ryzyko. Wyniki funduszy, najlepiej oceniać w dłuższej perspektywie, stąd bierzemy pod uwagę wyniki za ostatnie trzy lata. Ważne jest jakie rezultaty osiągnęli zarządzający zarówno w czasie ożywienia jak i dekoniunktury w gospodarce, jak radziły sobie fundusze gdy były niskie stopy procentowe, a jak gdy były wysokie.

Drugie kryterium to ryzyko. Ryzyko rozumiane jako wahliwość notowań funduszu. Mając do wyboru fundusze o zbliżonej stopie zwrotu ale o różnej wahliwości notowań, lepiej lokować w bardziej stabilny fundusz. Miarą która pozwala ocenić wynik funduszu w stosunku do ryzyka jest wskaźnik Sharpa. W przypadku funduszy obligacji za kryterium ryzyka wykorzystane zostało natomiast odchylenie standardowe w skali roku. Mówi ono o tym o ile przeciętnie wynik funduszu odchyla się od swojej średniej rocznej stopy zwrotu (in plus lub in minus).

3. Co to jest wskaźnik Sharpa?

Wskaźnik Sharpa mówi jak wzrost ryzyka przekłada się na stopę zwrotu. Dodatkowym atutem wskaźnika Sharpa jest odnoszenie stopy zwrotu funduszu do stopy wolnej od ryzyka, równą średniej rentowności bonów skarbowych (ekwiwalent lokat bankowych). Jeśli wskaźnik Sharpa jest większy od 1, to wzrost ryzyka o jednostkę powoduje większy od 1 wzrost wyniku funduszu (ponad stopę wolną od ryzyka). Jeśli wskaźnik Sharpa jest mniejszy od 1, to wzrost ryzyka o jedną jednostkę powoduje mniejszy od 1 wzrost stopy zwrotu.

4. Jak przyznawaliśmy punkty?

W obrębie każdej z dwóch kategorii (ryzyko i stopa zwrotu), pierwsze 12,5% funduszy z najlepszym wynikiem, lub najwyższym wskaźnikiem Sharpa albo najniższym odchyleniem standardowym otrzymywało 1 punkt. Następne 20% funduszy otrzymywało 2 punkty, środkowe 35% funduszy 3 punkty, następne 20% 4 punkty i najsłabsze 12,5% funduszy po 5 punktów. Po zsumowaniu punktów wygrywał fundusz z najmniejszą liczbą punktów. Fundusze z tą samą liczbą punktów zostały przesortowanie według miary ryzyka. W przypadku funduszy obligacji punkty za wynik były przyznawane w skali od 1 do 18 aby zmniejszyć siłę wpływu zmiany odchylenia standardowego na pozycję funduszu w rankingu. Dla funduszy rynku pieniężnego ryzyko nie jest uwzględniane – od pozycji w rankingu decyduje stopa zwrotu.

 

 

 Źródło: www.expander.pl

 

 

 

Jak zarabiać na giełdowych debiutach

Warszawska giełda jest ponad dziesięciokrotnie mniejsza od parkietów w Madrycie czy Zurychu, a wartość rynkowa wszystkich notowanych na GPW akcji stanowi 3 proc. wielkości sojuszu giełd Euronext. Jest jednak jedna dziedzina, w której stołeczny rynek dystansuje wymienionych wcześniej gigantów – rynek IPO, czyli pierwszych ofert publicznych.

 (Uwaga, treści przedstawione w artykule trochę przedawnione).

 

Liczba debiutantów w latach 2004-2005

I półrocze 2005

2004

1.

Londyn

250

1.

Londyn

423

2.

Oslo

21

2.

Warszawa

34

3.

Warszawa

18

3.

Euronext

32

4.

Euronext

16

4.

Oslo

20

5.

OMX

14

5.

OMX

15

6.

Luksemburg

12

6

Mediolan

10

Euronext – sojusz giełd w Paryżu, Brukseli, Amsterdamie i Lizbonie
OMX – sojusz giełd w Sztokholmie, Helsinkach, Kopenhadze i Wilnie 
Źródło: FESE, LSE

Skąd bierze się ta polska specjalność? Tłumaczenie sukcesu rynku pierwotnego (rynek IPO jest jego częścią) dobrymi nastrojami na rynku wtórnym, czyli wśród akcji już notowanych na giełdach, nie wystarczy. Hossa w ostatnich kwartałach trwa przecież na wszystkich parkietach Starego Kontynentu. Zresztą inwestorzy powinni pamiętać, że hossa na rynku pierwotnym często jest wrogiem hossy na rynku wtórnym. Wystarczy przypomnieć, że wśród powodów ostatniej wali wzrostów na naszej giełdzie, która doprowadziła indeks WIG najwyżej w historii, analitycy wymieniają opóźnienie w prywatyzacji PZU.

To sprawiło, że inwestorzy wydawali na GPW pieniądze wcześniej zarezerwowane na ubezpieczyciela. Mnogość polskich IPO to m.in. efekt skutecznej polityki giełdy. To także sukces Jacka Sochy, ministra skarbu, który odważnie zaczął upubliczniać państwowe molochy. To także rezultat aktywnej działalności w Polsce funduszy typu venture capital/private equity, które realizują zyski wprowadzając spółki portfelowe na parkiet. To wreszcie pokłosie polityki banków, które niechętnie finansują inwestycje przedsiębiorstw. Biznesmeni nie mają więc wyjścia i debiutują na GPW. W tej sytuacji nie dziwi, że polski rynek pierwotny od ponad półtora roku tętni życiem.

Inwestorze indywidualny, ostrożnie!

Za sukcesem IPO stoją także pieniądze drobnych graczy. O ile jeszcze do jesiennego debiutu PKO BP rynkiem pierwotnym interesowali się jedynie najbardziej aktywni inwestorzy, powodzenie oferty banku i zaoferowane przeciętnemu Kowalskiemu dyskonto w cenie akcji przyciągnęło na giełdę tysiące ryzykantów. Część z nich pozostała. Cieszy to emitentów, którym łatwiej jest sprzedać – i to drogo – oferowane papiery. Cieszy też fundusze inwestycyjne i emerytalne, bo popyt w zapisach na akcje niemal gwarantuje ich powodzenie, więc inwestorzy finansowi (uprzywilejowani, o czym niżej) bez ryzyka deklarują w nich swój udział.

Wzrost zainteresowania rynkiem pierwotnym ze strony drobnych graczy martwi jedynie … drobnych graczy. Jego negatywnym efektem są bowiem redukcje zapisów. Zżerają one znaczną część – jeśli nie wszystkie – zyski z inwestycji w debiutanta. Nie inaczej było w czerwcowych i lipcowych IPO.

Dlaczego redukcje są takie groźne? Popyt w głównych ofertach ostatnich kwartałów (PKO BP, Lotos, Polmos Białystok, Zelmer, Ciech) ponad dziesięciokrotnie przewyższał podaż - drobny inwestor dostał najwyżej co dziesiątą akcję, na którą się zapisał. Redukcje stały się już samospełniającą się przepowiednią. Drobny inwestor torpedowany jest informacjami o ogromnym zainteresowaniu IPO. Zaciąga więc gigantyczny kredyt sięgający kilkunastokrotności środków własnych, co sprawia, że do redukcji faktycznie dochodzi. A jeśli udało się kupić akcje o wartości przekraczającej środki własne, gracz sprzedaje je szybko po debiucie, by spłacić kredyt. To osłabia notowania debiutanta na GPW i zmniejsza zyski inwestora.

Licz faktyczne zyski

Zyski te i tak są znacznie ograniczone, bo drobny inwestor ponosi znaczące koszty związane z inwestycją na rynku pierwotnym. Po pierwsze musi zapłacić prowizję od przyznanego kredytu (z reguły co najmniej 0,25 proc.). Do tego doliczyć trzeba oprocentowanie kredytu (blisko 10 proc.). Koszty z tego tytułu są jednak niewielkie, jeżeli zdecydujemy się sprzedać akcje w pierwszych dniach po ich wejściu na GPW (najczęściej od zapisów do debiutu mija kilkanaście dni). Nie zapomnijmy też o prowizji dla maklera i to podwójnej (kupno i sprzedaż), która w wielu biurach wyniesie nawet 0,5 proc.

W sumie, przy 80-proc. redukcji zapisów i wspieraniu się kredytem (stanowiącym pięciokrotność środków własnych), koszt inwestycji na rynku IPO zbliża się do 3 proc. Tę wartość należy odjąć od stopy zwrotu, jaką można zrealizować sprzedając akcje w debiucie spółki na GPW. W czerwcu i lipcu zostawało więc niewiele:

*Założenia: prowizja od transakcji 0,5 proc., prowizja od przyznania kredytu 0,25 proc., okres między przyznaniem akcji a sprzedażą 10 dni, oprocentowanie kredytu 10 proc., wielkość lewaru 500 proc., redukcja zapisów 80 proc.

Powoli, ale jednak drobni inwestorzy dostrzegają ryzyko związane z grą na rynku pierwotnym. Tym bardziej, że na rynku wtórnym panują znakomite nastroje, co rodzi pytanie: po co inwestować w nieznane, skoro tyle samo mogę zarobić kupując papiery „starych” blue chipów? Coraz częściej zdarzają się fiaska emisji (w ostatnich tygodniach: Neonet, PC Guard i Odratrans). Głównym powodem jest zbyt wysoka cena, jaką nowe spółki żądają za swe akcje. To ona jest też odpowiedzialna za słabe wyniki debiutantów już na GPW.

Możliwość ewentualnego odwrotu drobnych graczy od rynku pierwotnego zaczynają dostrzegać sami emitenci. Niestety, ceny nadal są wysokie. Coraz częściej powraca się natomiast do zapomnianego zwyczaju, że każdy inwestor powinien znać dokładną cenę akcji w momencie składania zapisu. Dotychczas przeważały bowiem oferty, w których drobni inwestorzy znali jedynie szeroki przedział cenowy, a ostateczną cenę ustalali inwestorzy instytucjonalni w procesie budowy księgi popytu (tzw. book-building).

Jak dobrze wybrać?

Dokładna cena, a nie widełki cenowe w momencie zapisu, to sygnał, że spółka poważnie traktuje drobnego inwestora. Takie kryterium nie wystarczy jednak do wyboru rynkowego hitu. Najważniejszym czynnikiem udanej inwestycji jest cena. Niestety, drobny inwestor nie posiada wiedzy, by ocenić faktyczną wartość akcji. Nie pomogą też analitycy, którzy z reguły wyceniają jedynie te papiery, w których emisji uczestniczą jako wprowadzający (trudno więc uwierzyć w całkowitą bezstronność takiej wyceny).

Sam instynkt nie wystarczy. Wybierajmy spółki o dobrej kondycji finansowej dla których debiut giełdowy nie jest jedynie „ucieczką do przodu”, działające w perspektywicznych lub już rentownych branżach, z kompetentnym kierownictwem. Starajmy się przestudiować prospekt emisyjny, a szczególnie część dotyczącą ryzyka związanego z działalnością spółki. Rzućmy okiem na strukturę akcjonariatu – im firma większa i akcjonariat bardziej rozdrobniony, tym wyższa będzie płynność papieru po debiucie na giełdzie (a wyższa płynność z reguły sprzyja wycenie). Jednocześnie unikajmy spółek, gdzie znaczący udział pracowników w akcjonariacie grozi masową wyprzedażą akcji na GPW.

Nie wystarczy dobrze wybrać. Trzeba jeszcze w dobrym momencie wyjść z inwestycji. Już przed zapisaniem się na nowe akcje powinniśmy określić, czy wiążemy się z nimi na dłużej, czy liczymy jedynie na szybki zysk. Sprzedaż akcji w odpowiednim momencie to wielka sztuka, a jak pokazuje statystyka ostatnich dwóch lat, akcje polskich debiutantów już po giełdowej inauguracji zachowują się gorzej od tych, które są parkiecie od lat. Ale to już temat na następny raport.

Największe oferty ostatniego roku (mln zł)

PKO BP

7 893

Grupa Lotos

1 015

TVN

509

Najmniejsze oferty ostatniego roku (mln zł)

Swissmed

4

Spray

6

Travelplanet

7

Największe zyski w debiucie ostatniego roku (proc.)

Zelmer

+36,4

Comp

+33,3

Comp Rzeszów

+27,7

Największe straty w debiucie ostatniego roku (proc.)

PEP

-10,3

Zetkama

-10,0

FAM

-3,5

 

 Źródło: www.expander.pl